poniedziałek, 28 października 2013

INFORMACJA

Jak widać prowadzenie dwóch blogów jednocześnie, to nie jest coś, co mysom najlepiej wychodzi.
Norka była zawsze na drugim miejscu, tak założyłam na początku i tego się trzymałam, dlatego wszystko co w niej zawarłam, znajdzie się wkrótce w moim "blogu matce" (sic! ale to brzmi;)

Także w razie czego zapraszam TUTAJ

czwartek, 11 kwietnia 2013

Poprawa :)

To naprawdę niesamowite, co pogoda może zrobić z człowiekiem :)
Przed chwilą skończyłam szorować wszystkie dostępne i najbardziej używane okna w domu i mi mało więc zadzwoniłam do mamy, że się wpraszam na popołudnie, coby i jej szybki lśniły czystością :)
 
Od wczoraj mamy prawdziwą wiosnę. Rano jeszcze zimno i mgliście było... ale jak kilka chwil później zaczęło przypierać słoneczko to od razu żyć się człowiekowi zachciało.
Najbardziej rozbawiły mnie przydomowe kwiatki, które dopiero teraz zaczęły kwitnąć i wystawiły swoje łebki do słońca... pomalusiu, bardzo i późno... ale zaczyna się szał!!!!
I pszczoły nawet się obudziły :)))))
 
 
 
Zdjęcie powyżej jest sprzed chwili dosłownie :) Jesienią zrobiłam sobie takie oczka, bo myślałam, że jak buchnie trawa na wiosnę, to nie znajdę kwiatuszków ;)
A tu lipa.... kwiatki się przebiły, a trawa ekhem, ekhem.... lepiej nie mówić jaka:)
 
 
W zeszłym poście pokazywałam różne dekoracje świąteczne, które robiłam.
Kto dokładnie prześledził zdjęcia, ten zauważył na pewno białe skrzynki, na których punkcie dostałam ostatnio bzika :)
Najpierw zaczęłam przy nich robić, a dopiero później zastanawiałam się do czego one mi posłużą :)
Okazało się, że zastosowań mają mnóstwo :)
 
 
Ta skrzynka ze zdjęcia powyżej wcześniej służyła jako szuflada (nie wiem komu, dostałam od teścia, miała być wyrzucona na śmietnik ;)
Wystarczyło wyczyścić i pomalować i idealnie wpasowała się na moje książki kucharskie :)
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Inna skrzynka stoi w salonie na parapecie (klik), a jeszcze inna znalazła miejsce w sypialni:
 
 
Obiecałam też pokazać Wam, jak prezentuje się haft, który wydziergałam dla mamy, a który posłużył niejako jako kartka urodzinowa(rozkłada się jak kartkę, życzenia są w środku):
 
 
 
 
Najważniejsze, że się spodobał! To był świetny dodatek do prezentu :))))
 
Ludziska, jest tak pięknie, że ciężko mi wysiedzieć przed komputerem, nosi mnie jak wściekłą :)
M ma dzisiaj wolne i rąbie drewno... ja nie wiem, może chwycę za taczki i zacznę je przewozić, czy układać na kupie :) coś muszę ze sobą zrobić bo zwariuję :)
lecę więc
paaaaa :)
 
 

środa, 3 kwietnia 2013

Przed/Po świąteczny wpis ;)

Mój szef zawsze powtarzał, że jak na babę, to strasznie mało gadam.
A do tego, kiedy mnie coś gnębi, to przytyka mnie całkiem ;)

No więc, jak widać na załączonym obrazku nieźle mnie wzięło.
I trzyma wciąż.
Niemniej jednak staram się jak mogę, żeby nie celebrować namiętnie swoich obaw i przygotowałam sobie przedświąteczny wpis... tylko nie zdążyłam go umieścić ;)

Wcześniej niż się spodziewałam wyjechaliśmy na Święta do teściów,co mnie trochę zbiło z blogowego pantałyku, ale skoro zdjęcia cyknęłam, obrobiłam, i machnęłam post, to wstawię,ok?
Wiem, że ciutkę przeterminowane, ale co tam! 
Uparłam się :)


W zeszłym roku, owszem Wielkanoc była nieco później, ale pamiętam, że dom miałam cały w baziach, rozkwitających gałązkach, pąkach kwiatów i w ogóle szalałam z porządkami i dekoracjami na całego (stopień advanced)... tym jednak razem lichutko (taki kole pre-intermediate;). 
Za wszystko, rzecz jasna, obwiniam pogodę i parszywy nastrój.
Gałązki więc zostały na drzewach. Bazi, jako takich, nie widziałam, cwiety mi umarzły, śnieg za oknem pominę milczeniem. 

Wbrew pogodzie za oknem chciałabym Wam jednak pokazać, jak w trzech krokach i ekspresowym tempie "namalować" sobie własny obraz na płótnie. 
U mnie, z oczywistych racji, padło na  Jezuska :)


Potrzebujemy:

  • Kawałek materiału (a w ogóle, to najlepiej jakieś gotowe krosno malarskie, którego ja nie miałam, a że mnie najszło,to wykorzystałam starą zasłonę;)
  • rozpuszczalnik NITRO (żadne rozcieńczalniki nie zadziałają tak samo, specjalnie zrobiłam kilka prób;)
  • wydrukowany na DRUKARCE LASEROWEJ obraz, który chcemy powielić (o zwykłej drukarce atramentowej możecie zapomnieć;)


KROK 1.

  • mocujemy materiał na jakiejś płycie, grubej tekturze czy czymś takim, żeby nie przemokło na stół na przykład. (ważne: to nie musi być płótno... za pomocą nitro możecie przenieść wybrany obrazek na różne powierzchnie, łącznie z drewnem!)
  • Następnie wydrukowany obrazek przyklejamy na tym materiale, prawymi stronami do siebie. Czyli to co chcemy, żeby się odbiło powinno przylegać do płótna.
  • W przypadku samych obrazów to nie ma takiego znaczenia, ale jeśli chcemy tą metodą przenosić napisy zawsze należy drukować w tzw. lustrzanym odbiciu.


KROK 2.

  • maczamy wacik / kawałek szmatki w nitro i przecieramy cały obrazek, mocno dociskając. Należy dobrze docisnąć każdy fragment obrazka do materiału.



KROK. 3. 
  • czekamy aż wyschnie ;)


GOTOWE :)


I jeszcze kilka fotek z domu ;)


Przed Świętami, zaczęłam też haftować obrazek, który już jutro posłuży mi jako kartka urodzinowa dla mamy :)
Przed momentem skończyłam. Efekt w następnym wpisie :)


* jeśli najdzie Was kiedyś ochota na samodzielne przenoszenie grafik za pomocą nitro, polecam blog:

Z którego za friko możecie pobrać obrazki, również w odbiciu lustrzanym! 

wtorek, 12 marca 2013

Operacja-robak :)

Dzisiaj będzie troszkę o tym, czym się właśnie zajmuję....
"właśnie" to chyba nie jest odpowiednie słowo, bo akurat tą rzeczą zajmuję się od kilku miesięcy, a chodzi mi konkretnie o Dziadka Zegara nad którym pastwię się od listopada.
Pisałam już o nim tutaj, więc niektórzy mieli okazję coś niecoś łyknąć informacji, ale dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi teraz krótkie wyjaśnienie:
 
Dziadek Zegar dostał nam się w spadku. Należał do dziadka mojego M i do dziadka tego dziadka.
Ma obecnie 124 lata więc to prawdziwy starzec :)
Dziadek Zegar wisiał jakiś czas u teściów moich i czekał, kiedy będzie mógł się do nas wprowadzić, bo całe lata temu M oznajmił rodzeństwu, że to On go przejmuje. Jako, że rodzeństwo sentymentu do staroci jako tako żadnego nie czuje, to olało sprawę ciepłym jeszcze moczem. 
Dziadek ogólnie zawsze był piękny, ale przez te wszystkie lata przeszedł przez wiele rąk, a każde ręce dodawały coś od siebie. Ostatecznie został dobity przez M i jego Ojca :) No cóż.... chcieli dobrze, ale nie bardzo wyszło i mnie w oko ciutkę koliło :)
 
Przechodząc do sedna: niemal każdy jego fragment był jak to się mówi "z innej parafii".... część zabejcowana, część zalakierowana, a jeszcze inne drobiazgi pomalowane zostały złotolem.
 
Już od dawna czaiłam się, żeby zacząć i jakoś nie mogłam się zebrać do kupy, żeby to zrobić. W końcu mąż mój osobisty sam się za niego wziął, co od razu ustawiło mnie do pionu, bo za punkt honoru postawiłam sobie samodzielne przywrócenie Dziadkowi szyku (trąbiłam o tym na wszystkie strony, więc nie mogłam się tak po prostu wycofać:)
 
 
Największym błędem pomocy mojego małżonka było pomalowanie drewna takim preparatem, który miał zeżreć bejcę....
Nie zżarło, bo żre to tylko farbę oleją (o czym M nie wiedział), a całość później musiałam czyścić z klejącej mazi, która śmierdzi niemiłosiernie.
Część zegara szlifowało mi się bardzo dobrze, a inne fragmenty, to była istna katorga!
Wykończyłam swoją multiszlifierkę, zanim skończyłam czyścić całość ;)
Najgorzej było przy tych maleńkich fragmentach i szczelinach, a jest ich naprawdę sporo, bo oprawa drewniana jest bogato rzeźbiona :)
 
Dopiero w zeszłym tygodniu uporałam się ze szlifierką i mogłam zabrać się za przyjemniejszą część restauracji Dziadka, czyli OPERACJĘ - ROBAK :)
 
Jak widać na zdjęciu poniżej, bardzo potrzebną!!! :/
 
 
Część tych dziurek była zaszpachlowana, więc w niedzielę siedziałam sobie i przekłuwałam gwoździem/szpilką, żeby zrobić miejsce na napój dla robaczków :)
 
 
 
Myślcie sobie co chcecie, ale zakładanie rękawiczek i wzięcie w dłoń strzykawki z igłą sprawiły mi mnóstwo frajdy :) Jako dziecko chciałam być lekarzem... może stąd to upodobanie :)
 
DO DZIEŁA! :)
 
 
 
 
To naprawdę było fascynujące obserwowanie, jak trucizna wpuszczana w jedną dziurkę rozpływa się kanalikami pod powierzchnią drewna.
Cały proces ostrzykiwania powtórzyłam 2 razy, a jutro mam zamiar ten preparat rozprowadzić pędzlem po całości :) Jak dobrze pójdzie (to znaczy o ile nie braknie altaxu) to dwukrotnie :)
 
Muszę jeszcze kupić odpowiednią szczotkę i przelecieć Zegar od deski do deski, bo są takie maleńkie fragmenty po jakimś podkładzie czy coś i chyba do tego najlepiej nada się właśnie szczoteczka :)
A wtedy czeka mnie najprzyjemniejsza część, czyli malowanie! :)))))
 
Efekt ośmielę się udostępnić w przyszłości :)
 
PS Taki jeszcze kolaż kiedyś cyknęłam z Dziadkiem:
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...